Wino a Dziecko

17/01/2012 - autor: Piotr Kołodziejczak Brak komentarzy »

Jak każdy wie, narodziny dziecka nie sprzyjają degustacji wina. Masa nowych obowiązków wykonywana w pocie czoła, wymagająca sporej koncentracji, zmęczenie materiału po całym dniu zajmowania się malcem, czy wreszcie akustyka płaczącego dziecka raczej nie pasująca do kontemplacji aromatów i smaków. To wszystko składa się na pogarszający się obraz naszego żołądka i serca oraz znacznie gorsze wyniki prób wątrobowych.
Jest jednak jeden aspekt, który znacznie poprawia nam humor. To myśl o tym, że jesteśmy usprawiedliwieni do zakupu niemal nieskończonej ilości butelek wina z rocznika naszego dziecka, bo przecież nie wiadomo, które przetrwa w najlepszej formie przez 18 lat. Cel jest szczytny. Dziecko wchodząc w pełnoletność napije się zacnego wina z własnego rocznika. Nic tylko czekać na informację o tym jak ten rocznik wypadł w rankingach w Bordeaux, Burgundii, Szampanii , Piemoncie Toskanii czy Ribera del Duero… Jak dobrze, to ruszamy na zakupy… Jak gorzej to mamy większe wyzwanie.
Na tym etapie pojawia się pierwszy i największy problem (poza zasobnością portfela)… Jeśli dziecko jeszcze nie potrafi powiedzieć słowa wino, to jest mała szansa aby dobre wino z jego rocznika było dostępne już na rynku. Przeważnie leżakowanie trunku zanim pojawi się na rynku trwa od trzech do pięciu lat. Oczywiście możemy kupić wino jeszcze nawet niezabutelkowane, ale to czysta teoria i 99,9% z nas tego nie zrobi.
Czy nasze plany inwestycyjne musimy zatem odłożyć na jakiś czas? Jeśli chcemy kupić wino z prestiżowego regionu, wytrawne to raczej tak… ale jest pewne wyjście. Mi osobiście udało się kupić Porto z bieżącego rocznika jeszcze z beczki. Jaka będzie jego jakość za 18 lat nie jestem pewien, ale z pewnością będzie to wino pijalne – jako, że słodkie w zasadzie nie tracą swych walorów w szczególności jak są winami rocznikowymi. Oczywiście dla takiego zakupu konieczna jest wizyta w regionie, co akurat w wypadku Porto i rzeki Douro było czystą przyjemnością. Jedyna myśl jaka mnie niepokoi, to czy ta butelka na pewno przetrwa 18 lat pełna. Ale nawet jeśli nie, zawsze będzie to pretekst do zakupu kolejnej butelki z 2011 roku.

Kieliszki z popularnej szwedzkiej sieci handlowej

01/08/2011 - autor: Piotr Kołodziejczak Brak komentarzy »

Ostatnio będąc w sklepie z charakterystycznym żółtym logo zobaczyłem, że są tam sprzedawane kieliszki. Oczywiście nie było to dla mnie nowe odkrycie, ale jakoś zapomniałem o tym fakcie. Spojrzałem na cenę i pomyślałem – ale zdzierstwo – za jeden kieliszek żądać 16 złotych… toż to cena jak za wysokiej klasy kieliszek a tu powiedzmy szczerze miałem do czynienia z najprostszym fasonem. Popatrzyłem chwilę na cenę, przetarłem oczy pierwszy raz… zamrugałem i ponownie przetarłem. Toż to jest cena za 6 a nie jeden kieliszek. Czyli 2,5 złotego za sztukę. To jest niemal za darmo. Chwyciłem pudełko, aby przekonać się w domu co ten wynalazek jest wart.
W domu wlałem wino do kilku fasonów kieliszków i rozpocząłem degustację. Wniosek jest prosty. Mój nowy zakup, nie dorównuje klasą w nawet najmniejszym stopniu “poważnemu szkłu”. Trudno mówić tu o degustowaniu. Raczej powinniśmy być zadowoleni, że szkło nie popsuło nam zupełnie smaku. Ale wielkiej przyjemności dać przy takim szkle i fasonie po prostu nie może. No ale moje domowe kieliszki kosztują tyle co dwa zestawy ze sklepu na I.
A przecież nie zawsze mamy potrzebę podawać wybitne szkło. Duża impreza ogrodowa aż się prosi o jak najprostsze szkło, które nie będzie uwydatniało średniego smaku prostego wina, którego kupiliśmy hektolitry. Dobre szkło uwypukli momentalnie wszelkie niedomagania. No i nie bez znaczenia pozostają stłuczki… gdy wiemy, że będzie ich sporo, nie wahajmy się i skorzystajmy ze szwedzkiej okazji. Jest to na pewno lepszy wybór niż okropne plastikowe pseudokieliszki jednorazowe.

Nie picie wina

20/06/2011 - autor: Piotr Kołodziejczak Brak komentarzy »

Od pewnego czasu jestem na diecie. Mam dokładnie określone co mogę jeść, a co jest zabronione. Więcej, mam nawet powiedziane co którego dnia mam jeść. Gdy otrzymałem listę, zupełnie próżne okazały się moje wysiłki w poszukiwaniu hasła “do popicia kolacji – wysokiej jakości czerwone wino”. Woda, herbata a nawet czasem kawa – owszem. Ale wina… brak. Smutna to dla mnie była wiadomość, ale postanowiłem być twardy. Pierwsze dwa tygodnie minęły bez nawet wypitej kropelki (w ustach miałem ale plułem…). Wyniki diety doskonałe, samopoczucie świetne więc gdzieś tam zaczęły się wkradać myśli o minimalnym złamaniu rygoru i wychyleniu, choć kieliszka pysznego czerwonego. Ale czy będzie smakować gdy w prawym uchu odezwą się wyrzuty sumienia? Czy cały mój wysiłek nie pójdzie na marne? Czy nagle nie urosnę o utracone kilka kilo? Jak możecie sobie wyobrazić zwyciężyła w tym rachunku siła prawdziwego uczucia. Jak w amerykańskim filmie. Chwytam butelkę Lacrima Cristi od Mastroberardino, kieliszek. Uwijam się jak w ukropie demontując wszystkie niepotrzebne w tym momencie elementy butelki włącznie z korkiem. Nalewa, chwytam, zanurzam nos, później usta, trzymam chwilę na podniebieniu, połykam. Ach cóż to był za smak. Czy to wino jest tak fantastyczne, czy to może ja tak spragniony? Myślę, że jedno i drugie. Wino świetne, ziołowo porzeczkowe w nosie. W ustach miękkie i soczyste z doskonałą kwasowością, nie przeszkadzającą ale też nie nazbyt małą jak zdarza się to nieraz na nieodległej przecież Sycylii. Ale kluczem do sukcesu była jednak chyba abstynencja. Wyostrzyła nos, smak a przede wszystkim wzrósł apetyt. Wniosek z tego taki, że jeśli na prawdę chcemy się cieszyć winem, czuć jego pełnię smaku, musimy przytyć aby mieć pretekst to pójścia na dietę.
P.S. Upiłem się już drugim kieliszkiem, to również z ekonomicznego punktu widzenia korzystny efekt.

Madera

16/05/2011 - autor: Piotr Kołodziejczak Brak komentarzy »

12 maja odbyło się w Warszawie bardzo interesujące winiarskie seminarium. Ambasada Portugalii zaprosiła tych, którzy mają realny wpływ na świat winiarski w Polsce, na wykład o miejscu, które większość z nas kojarzy z urlopami albo Cristino Ronaldo. Chodzi o Maderę. Niewielka wysepka na Atlantyku, będąca w rzeczywistości wygasłym wulkanem jest siedliskiem bardzo interesującej winiarskiej kultury. Otóż, o winach z madery wielu słyszało, ale nie wielu z nas miało okazję ich naprawdę próbować. Mówię tutaj o porównaniu smaków i aromatów w różnych typach tego wina. Wybór w Polsce jest… jednym słowem… mizerny. Może po wczorajszym spotkaniu sytuacja się zmieni, przynajmniej taką mam nadzieję. Nie chciałbym tu zanudzać opisami kolejnych degustowanych przeze mnie win. Raczej zachęcić do sięgnięcia po butelkę lekko schłodzonej, wytrawnej (teoretycznie bo wino wytrawne tam ma tyle cukru co niemieckie wina słodkie) pachnącej rodzynkami i herbatą, madery lub oleistej słodkiej, pełnej kawowych i orzechowych nut wersji słodkiej.

Najciekawsze jednak w maderze jest to, że wino w zasadzie w potocznym rozumieniu można by uznać za zepsute. Tradycyjnie, był to trunek pijany na statkach podczas wypraw kolonizacyjnych i później handlowych pomiędzy kontynentami. Niekiedy takie podróże po bokach trójkąta Europa – Ameryka – Indie, trwały nawet 18 miesięcy. W tym czasie wino podgrzewało się na pod pokładem w szczególności gdy statek zbliżał się w okolice równika. Dzięki temu zyskiwało swój niepowtarzalny smak, jakby utlenienia. Dzisiaj oczywiście nikt specjalnie na statki madery nie pakuje a podgrzewanie jest procesem w pełni zaplanowanym i kontrolowanym. Niemniej jednak charakter wina pozostał ten sam. W procesie tym pomaga też nieco natura, kopanie piwnic na Maderze jest nie małym wyczynem w związku z czym wiele beczek spoczywa w domach na strychach, gdzie z oczywistych względów jest dość ciepło.

Zachęcam do sięgnięcia po butelkę bursztynowego płynu choćby z ciekawości, gwarantuje że choć na chwilę, czując smak w ustach, przeniesiemy się na zieloną wyspę i poczujemy się jak na urlopie.

Przepraszam za korek

18/04/2011 - autor: Piotr Kołodziejczak Brak komentarzy »

Kwestia dziejowej zmiany jaką dokonuje się w tej chwili w temacie zamknięć winnych butelek jest chyba wystarczająco znana, nawet osobom nie pijącym wina na co dzień.
Piękny, ciosany, pachnący korek zastępowany jest plebejską, zimną i mało romantyczną w formie, zakrętką. O ile w Polsce tolerancja do zakręcanego wina (czy może lepiej napoju alkoholowego owocowego)  w ramach naszej spuścizny historycznej  jest całkiem spora o tyle Francuz czy Włoch zakrętkę przeklnie czy w najlepszym wypadku wykpi. Dlatego też niezbyt często producenci europejscy decydują się na zastosowanie takiego właśnie, coraz bardziej popularnego zamknięcia. Nie będę się tutaj rozpisywał na temat niewątpliwych zalet, czy to korków czy zakrętek, lecz chciałbym przytoczyć zabawną historię, jaka przytrafiła mi się w Nowej Zelandii. Otóż, tam gdzie woda spływając z umywalki wiruje w odwrotną stronę o winach myślą też nieco inaczej. Zaraz po wylądowaniu w Auckland udałem się do pobliskiego hotelowego sklepu z winami. Wybór ogromny, utrudniający wręcz decyzję, ale jakoś się udało. Trzy butelki spoczęły swobodnie w torbie, w tym jedna uroczo schłodzona, ociekająca maleńkimi kropelkami wody.  Pakunek szybko wylądował w bagażniku samochodu, czekając na swój moment tego dnia. Wieczorem potwornie umordowany wróciłem do hotelowego pokoju. Jako że prowadziłem, w restauracji wina nie skosztowałem. Chęć zaspokojenia mojego pragnienia była rozmiarów mniej więcej Oceanu Spokojnego. Z nieskrywaną sympatią rzuciłem okiem na paczuszkę przed chwilą wyjętą z samochodu. Chwilę później zadrżałem. Jest 21.00 lokalnego czasu, wszystko pozamykane, mam trzy butelki wina, kieliszki (wcześniej sprawdziłem czy są w pokoju) ale o zgrozo, nie mam korkociągu… Trwoga… Serce zaczęło bić szybciej, mózg zaczął analizować wszystkie możliwości. Może recepcja, może ktoś z pokoju obok… Na kilka ułamków sekund mój wzrok spoczął ponownie na butelkach. Ulga, szczęście, niemal ekstaza – zakręcane są przecież nie zakorkowane…
Dwa tygodnie później odwiedziłem winnicę o znajomo brzmiącej nazwie George Michele. To nie ten, o którym mogliby czytelnicy w pierwszej chwili pomyśleć. To Francuz, robiący w Nowej Zelandii iście Francuskie w stylu wina. Godzina 9.30 rano, spieszę się na prom do Wellington, więc degustacja musi mieć tempo Usaina Bolta bijącego rekord świata. A ta przemiła Pani za kontuarem wyjmuje korkociąg i zamiast w ułamku sekundy wino otworzyć, męczy się z obcinaniem osłony termokurczliwej, wkręca spiralę. Korek się opiera. Nie spieszy się do opuszczenia butelki. A sekundy uciekają. I wtedy kobieta widząc moje zniecierpliwienie mówi:
“Przepraszam bardzo, że to tyle trwa, ale właściciel jest Francuzem i upiera się przy tradycyjnym zamknięciu. Przykro mi ale po prostu muszę mieć chwilę na otwarcie butelek”… Wtedy pomyślałem sobie. Droga Pani, jestem z Europy, tu się przeprasza za zakrętki…

Chorwacja

28/03/2011 - autor: MG 1 komentarz »

Chorwacja posiada dwa główne regiony upraw, 12 podregionów i 71 apelacji. 800 producentów uprawia 60 różnych odmian winogron z czego 3 główne to: Grasevina, Mavazia i Plavac Mali (co znacza mały niebieski i jest przodkiem Zinfandela). Te trzy odmiany zajmują 47% wszystkich upraw.

Wina chorwackie podzielone są według jakości na stolno, kvalitetno oraz vrhunsko. Wino stołowe może mieć jeszcze dodatkowe oznaczenie w postaci regionu geograficznego, z którego pochodzi. Stolno vino musi być przez 2, 3 lata kontrolowane zanim będzie mogło być kvalitetno. Na winach stołowych nie może być podana nazwa szczepu, z którego wino powstało, natomiast już kvalitetno i vrhunsko posiadają taki przywilej. Kvalitetno vino czasami sprzedawane jest w litrowych butelkach z kapslem, ale jest to, to samo winno co w butelkach 0,75 l. z korkiem. Vrhunsko wino powstaje z regionów, które państwo Chorwackie uznało za wyjątkowe i oficjalnie przyznało mu prawo produkcji wina najwyższej kategorii.

Co jest zaskakujące w winach z Chorwacji to ich fenomenalna świeżość i kwasowość zarówno w winach białych jak i czerwonych. Bardzo szkoda, że są tak rzadko dostępne w Polsce a niektórych z najlepszych można spróbować tylko na miejscu.

Kilku winiarzy, na których warto zwrócić uwagę:

Brecević Dimitri

Moreno Coronica

Ivica Matosevic

Bibich

Andro Tomić

Do zobaczenia w słonecznej Chorwacji.

Massaya Classic 2007

14/03/2011 - autor: MG Brak komentarzy »

Miałem ostatnio okazję spróbować rzadko dostępnego wina na naszym rynku a mianowicie z Libanu. Wiele lat temu piłem Chateau Musar uważane za jedno z najsłynniejszych i szczerze powiedziawszy nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia. Nie inaczej było tym razem. Massaya jest winem również zaliczanym do ścisłej czołówki Libańskiego winiarstwa. Rodański kupaż cinsault, cabernet sauvignon i syrah jest kompletnie bez wyrazu. Smakuje jak mdławy sok z czerwonych owoców, brak mu kręgosłupa, wytrawności, kwasowości. Nie za bardzo nawet wiem z czym takie wino mogłoby się dobrze komponować. Chyba tylko z telewizorem.

Teanum Otre Aglianico 2007

18/02/2011 - autor: MG Brak komentarzy »

Jak głosi grecka mitologia, Eolo władca wiatrów, trzymał wszystkie wiatry w skórzanym worku zwanym Otre. Kiedy Ulises powrócił z wojny pod Troją zawędrował na wyspę Aeolian, na której to w ramach prezentu otrzymał od Eolo wspomniany wcześniej worek z wiatrami. Podczas swoich wypraw żeglarskich Ulises używał jednego z tych wiatrów, który pomagał mu w nawigacji – nazywał się on Zefir.

Taka jest geneza nazwy wina. A jak ono smakuje?

Aglianico to szczep wymagający od nas trochę więcej poświęcenia. Nie jest on łatwy i na początku może być nieprzyjemny. Chociaż nasze wino pochodzi z Pugli we Włoszech to nie znajdziemy tu wiele słodyczy czy ciężaru. Wino jest pieprzne z bardzo wysoką kwasowością oraz lekko surowe. Oczywiście jest to wszystko podparte czerwonymi owocami, ale eksplozji aromatów nie uświadczymy.

Pozycja zdecydowanie jako akompaniament do jedzenia i dla świadomych konsumentów.

Pierogi w akwarium popite winem

03/02/2011 - autor: MG Brak komentarzy »

Pewnie myślicie, że coś mi się pomieszało wnioskując po tytule. Otóż nie. Taką kompozycję miałem okazję skosztować. Pierogi to tortellini, Akwarium to jedna z najlepszych knajp w Mikulovie czyli sypialni narciarzy zmierzających do Włoch oraz wino to wino :) a dokładniej rzecz ujmując Moravino Valtice Cabernet Sauvignon 2007. Zacznijmy od tego, że knajpka robi bardzo dobre wrażenie. W ścianę wbudowane są wielkie akwaria, w których pływają przeróżne ryby, jest klimatycznie i nastrojowo. Obsługa kelnerska na piątkę, fachowo otworzona butelka, korek podany na talerzyku do sprawdzenia, w kieliszku trochę wina do akceptacji i krótka charakterystyka wina. To mi się podoba. Widać, że przykładają do tego bardzo dużą uwagę. Teraz jedzenie. Tak dobrego tortellini nie jadłem. Sos z kurek to poezja. Z żoną mieliśmy jeszcze na stole kaczkę w żurawinie, która też była bardzo smaczna. Do tego zamówiliśmy wcześniej wspomnianą butelkę. Wino medalowe, zwycięzca czeskiego konkursu. Na początku myślałem, że  podano nam zepsute wino. Wydawało się, że nie przetrwało próby czasu i “skisiło” się w butelce oferując lekkie bąbelki. Po złapaniu paru oddechów przez caberneta wszystko wróciło do normy. Wino okazało się być bardzo dobre a do tego dziwne, intrygujące. Niby za bardzo owocowe chociaż z drugiej strony wciągające, niby pozbawione garbników ale przyjemne. Na pewno pozycja do długich rozważań. Najważniejsze jest to, że świetnie komponowało się z naszymi potrawami. Na koniec wszystkim miłośnikom białego szaleństwa i czerwonego napitku polecam Mikulov jako dobrą bazę noclegową i winiarską. Ahoj!

Cuvee des Conti Tour des Gendres 2008

14/01/2011 - autor: MG Brak komentarzy »

Szybki raport dopóki mam jeszcze w pamięci tą ucztę dla podniebienia.

Tytułowe wino pochodzi z Francji, z apelacji Bergerac. Kupaż składa się w 70% z Semillon, 20% Sauvignon i 10% Muscadelle. Winogrona pochodzą z najlepszej części parceli i są ręcznie zbierane. Producent Luc de Conti pokazał w tym winie jak można przyćmić wina pochodzące z Bordeaux.

Nos w sumie nie jest wybuchowy, raczej stonowany, w kieliszku wino dość tłuste co sugeruje, że zawartość alkoholu może być nie mała. I tak faktycznie jest. Wino jest piekielnie mocne, 13,5% alkoholu to jak na białą pozycje bardzo dużo. Butelkę należy kosztować z towarzyszem lub zostawić na drugą degustację ponieważ procenty szybko dają znać o sobie. Na szczęście alkoholu w ustach w ogóle nie czuć. Pięknie skonstruowane wino, widać od razu kto potrafi zrobić rzecz niebanalną, czuć rękę mistrza. W tym winie tyle się dzieje, że można się pogubić. Na pierwszy plan wychodzą nuty gruszki i ananasa, w tle brzoskwinia i wiele innych owoców. Wszystko to podparte świetną kwasowością z delikatnymi niuansami słodyczy. Brawo!

Ja za to wino zapłaciłem 39,90. Biorąc pod uwagę, że bardzo dużo byle jakich win, które można kupić w sklepach kosztuje 30 zł to naprawdę warto dołożyć jeszcze trochę i kupić właśnie Tour des Gendres. Różnica w cenie na tym poziomie żadna a różnica w jakości wina to przepaść.